23 maj 2013

apteczny dzień zwyczajny

W biegu, o dziwo przed czasem, wpadłam do ośrodka. "No tak, wianuszek już stoi" pomyślałam ze złością i pomknęłam do wejścia od zaplecza. Ubrać fartuch, zebrać wczorajsze recepty i do drzwi, bo już się niecierpliwią, już pukają znacząco w szybę, przestępują z nogi na nogę, wzdychają. Wpadł motłoch z recpetami, z bolącym kolanem, z ukąszeniem od pszczoły. A mi ciśnienie coraz mocniej skakało, bo walili drzwiami i oknami jakby każdy przynajmniej od rana konał w bólach. To nic, że PMS hulał sobie we mnie w najlepsze, musiałam być miła i uśmiechnięta. Taki zawód, taka praca.
Jedna babka rozbawiła mnie szczerze, poprosiwszy o tajemniczy lek o nazwie "Alceton", taki na stłuknięte kolano, ot co! Domyślenie się też, że "takie małe fioletowe tabletki, miały też fioletowy napis chyba na paczce, coś na literę "D" i to na gardło, psze pani!" jest trafnym opisem "Fiordy" do ssania, to pikuś przy pewnej klientce, która koło południa w popłochu wparowała do apteki z krzykiem na ustach... (w tym momencie opowieści jest miejsce na www.dramabutton.com ;) )
Pani G., znana mi już niejako, z racji tego, że ma bardzo charakterystyczny sposób bycia, już od progu wyrażając głośno swe żale nt. funkcjonowania naszego ośrodka zdrowia, podchodzi do okienka i mówi:
- Proszę pani... Miesiąc temu ja wykupywałam leki dla męża.
Patrzę się na nią, zdziwiona, dlaczego umilkła i zorientowawszy się, że czeka na moją reakcję, przytakuję lekko głową, dając jej znak by mówiła dalej.
- Mój mąż ma migotanie przedsionków. I on ma od lekarza przypisany taki lek, ale pani w zeszłym miesiącu mu dała taki tańszy odpowiednik.
Nie mając pojęcia, czy babka mówi prawdę czy też nie szczerze odpowiedziałam, że nie pamiętam. Pani G. tłumaczy więc dalej:
- No pani dała taki tańszy, co my tak drogo płacić nie będziemy, bo emerytura niska. No i pani sobie wyobrazi, że ja poszłam do pielęgniarek, tu w okienku, co by mi recepte wypisały, a one, że takiego leku co pani dała to mąż w karcie nie ma! Proszę pani, pani to wyjaśni i pani mi da ten odpowiednik, bo mąż bez leku jest!
- Pani poda nazwę albo leku oryginalnego albo zamiennika, to sprawdzę.
I tu nasątpił wybuch!
- Jak to? To pani nie pamięta?!
- Prosze pani, u mnie dziennie przewijają się dziesiątki, a nawet i setki ludzi. Nie sposób zapamiętać, co kto w naszej wsi bierze i na co.
- No wie pani co?! Ja nie jestem z tej wsi! Ja z okolic!
I zawinąwszy się na pięcie, Pani G. wyprysła z apteki szybciej, niż się w niej znalazła pozostawiając mnie w osłupieniu.

Jak nie urok, to sraczka ;)

1 komentarz:

  1. Dwa i pół roku zleciało!
    A mimo to pamiętam,pamiętam wbrew opiniom,zdrowemu rozsądkowi i szybko rzuconym ocenom
    Dobrze,że człowiek ma te wspomnienia i przechowuje je gdzieś schowane głeboko w duszy,tylko ta cholerna melancholia mnie dopada
    Nie masz na to lekarstwa w tej swojej aptece,chociaż czy trzeba to leczyć?
    Dobrze mi z tym i niech tak zostanie Najsłodsza Truskawko:)

    OdpowiedzUsuń