7 mar 2015

rutyna

obserwując całkiem niepokaźne grono moich znajomych, ich związki i nie-związki, zawsze byłam święcie przekonana, że szarości dnia codziennego, rutyna, nuda i przewidywalność w związku to nie dla mnie i nigdy mnie to nie spotka. z pewnym przerażeniem nawet spoglądałam na to wszystko, słuchałam o samcach rozkładających się na kanapie, o braku iskier i motyli, o wkurwianiu się wzajemnie i śmiałam się w duchu zastanawiając się "jak oni mogli do tego dopuścić?". przecież tylko trzeba dbać o związek, wzniecać iskry i dmuchać, by tlen podsycał ogień.
a widać nie.
po dwóch latach związku i półtorarocznym stażu mieszkania ze sobą otrząsnęłam się nagle z pięknego snu by stwierdzić, że ta rutyna dopadła i nas! matko bosko! przecież to niemożliwe, to nie miało się stać, a jednak... kanapowe odleżyny na dupsku, stałe zwyczaje, czytanie książek i zajmowanie się sobą zamiast wspólnego spędzania czasu non stop. małe wkurwy i wielkie sprzeczki, doprowadzanie do szewskiej pasji i absolutna pewność, że faceci to troglodyci niezdolni do samodzielnego myślenia kreatywno-przewidującego myśli kobiet. czasem wielka nuda, czasem tylko mała nudka, ale jednak. R-U-T-Y-N-A. bach! prawda prosto w oczy.
ale jakkolwiek rutynowato by nie było, to ciężko mi przyznać, ale dobrze mi tak. z tym stałym pierwiastkiem. z codzienną wiadomą. dobrze u jego boku, mimo że czasem ciężko mu zrozumieć kobietę, którą jestem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz